bajka

- Opowiedz mi bajkę, zaczynającą się od “dawno, dawno temu”, a kończącą się “i żyli długo i szczęśliwie”.
- Niiiiii…
- To ja zacznę. Dawno, dawno temu…
- …
- Za górami, za lasami…
-… żył mały kucyk. Miał skrzydełka i latał przez chmurki, czasem przeleciał przez różową i miał potem fazę, a czasem rozbił się na czarnej i go potrzepało. Czasem zatrzymywał się przy drzewie jak koliber i zjadał wiśnie, jabłka, pomarańcze. Miał domek, przy którym miał wieżę z lądowiskiem i startowiskiem. I wieczorem tak leciał, leciał i źle wylądował: od razu na klatce schodowej, stoczył się po schodach i wpadł prosto do łóżka na wznak i zasnął. I kucyk i jego łóżko żyli długo i szczęśliwie.

♥ (umarłam ze śmiechu, zamiast zasnąć. uwielbiam, jak mi P. opowiada bajki na dobranoc przez telefon.)

kto rano wstaje…

No właśnie, kto? Mnie się ostatnio zdarza często, za często… Zawsze wstaję rano, ale ostatni tydzień to przesada: dzień w dzień o 5:30, z sobotą włącznie. No, w piątek zaszalałam i pospałam do 9:00. I tak się nie wyspałam.
Wstając przed szóstą i wychodząc tuż po siódmej można trafić na magiczne momenty. Na przykład na ten, kiedy są jeszcze miejsca siedzące w środkach transportu miejskiego. Albo kiedy znów są, tak około 7:30 (na mojej stacji). Potem, kiedy wysiadam i idę na uczelnię, trafiam na moment, kiedy gasną latarnię. Ale najpierw idę, przechodzę przez zabłocony chodnik wzdłuż Świętokrzyskiej, skręcam w Mazowiecką, oglądam wystawę sklepu z bielizną – mogliby zmieniać częściej – i idę dalej, mijam ciemne witryny sklepyówz artykułami dla plastyków, patrzę pod nogi, bo chodnik nierówny, a tam pudełka po tanim winie, puszki po niewiele droższym (a może i tańszym?) piwie, opakowania po prezerwatywach, pety… ciekawe, co się dzieje nocą na ulicy Mazowieckiej? Chociaż może lepiej nie wiedzieć. Dochodzę do końca ulicy i wtedy latarnie gasną. Zwalniam, rozglądam się, widzę, że faktycznie już jest jasno, skręcam w Traugutta i idę dalej, na kampus. Wchodzę do budynku, w którym mam zajęcia – jeszcze jest pusto, kolejny magiczny moment, mijający, kiedy zaczyna przychodzić więcej ludzi. Czasem już jest pusto, bo spacerując nie zauważyłam, jak minęła ósma. Zdejmuję płaszcz i do popołudnia usiłuję nie zasnąć, podjadając czekoladę i popijając colę.

Jednak wszystkie te magiczne momenty nie powstrzymają mnie od spania do upadłego po rozpoczęciu sesji i wylegiwania się do południa z książką i herbatą. Bo kawy mam już serdecznie dosyć.

dokulturalnienie

W ramach dokulturalnienia/ukulturalnienia, względnie odchamiania, za czasów podstawówki organizowane były wycieczki do stolicy. Ewentualnie do teatru czy muzeów. Mógł być też pakiet “wszystko w jednym”. Wycieczki te przekazały mi głębokie przekonanie, że raz na jakiś czas z kulturą poobcować trzeba. Czytanie książek nie wystarczy, to jest podstawa, zatem nie liczy się. W związku z tym, żeby zatrzeć wrażenie bycia strasznym chamem, co to tylko książki czyta (ci, co nie czytają są poza kategoriami, margines kultury, nie myślę o nich nawet), od czasu do czasu wybieram się do muzeum, do galerii, do kina. Do teatru jakoś nie, zupełnie mi nie po drodze, nie wiem, czemu, kiedyś lubiłam. Miejsza z tym, faktem jest, że czasem trzeba wybrać się na takie odchamianie i zaaplikować sobie wstrząsająco wysoką dawkę kultury.
Jako, że siedzę w Warszawie opcja “wycieczka do stolicy” odpada. Chyba, żeby dać powód do dumy i radości Krakusom, (co niby głoszą wyższość swojego miasta nad prawowitą stolicą, ale w duchu się cieszą, że to nie u nich, bo jakby przyszło im mieć u siebie kwaterę główną Państwa Polskiego, to by im ta cicha radość zgasła) i wybrać się do tej starej stolicy. Ale nie przesadzajmy, nie twórzmy treści ponad potrzebę, przejdę teraz do rzeczy. Tym razem padło na wystawę twórczości Zdzisława Beksińskiego. Bo czemu nie? I teraz będzie wesoło!
Pierwszy powód do radości: Związek Polskich Artystów Plastyków, oddział w Warszawie utworzył na Facebooku wydarzenie pod tytułem “Zdzisław Beksiński | 50 obrazów, 100 rysunków i 100 zdjęć”. Facebook to dobry sposób, żeby dotrzeć do większej liczby osób. Ale porażką jest ogłaszać, że “wstęp na wernisaż tylko za okazaniem zaproszenia lub przez potwierdzenie obecności na FB” – w dniu otwarcia na FB potwierdziło obecność jakieś 2000 osób. Nie wszystkie poszły na wernisaż, ale sporo ich tam było. Nie, żebym ja też się wtedy pchała, po prostu o tej porze wracam tamtędy z zajęć i widziałam niezły tłum pod galerią. Autorowi pomysłu gratuluję. A wystawę zwiedzałam później, na spokojnie, za 10zł i bez szampana.
I tu pozostałe powody do radości. Poszłam w sobotę, z Kaśką i Czarną, wszystko fajnie, skręcamy w Mazowiecką… przed nami grupka mrocznej młodzieży zagląda w każdą bramę, najwidoczniej czegoś szukając. Jak się okazało, szukali przybytku sztuki występującego pod nazwą Dom Artysty Plastyka i numerem 11a. Oznaczenia ulic (w tym numery) w Warszawie są wyjątkowo wyraźne, a DAP jest całkiem charakterystycznym miejscem. Ale dobra, czepiam się. Mrocznej młodzieży w sumie mogłabym się nie czepiać, ale zrobię to: nie ma to jak polansować się w firance i z nieczesanymi włosami w galerii (nieczesane włosy mieli chłopcy, do dziewcząt tylko zastrzeżenia co do firan, dość pretensjonalnie wyglądających). No, ale ja jestem stary człowiek, co to uważa, że jak się idzie do przybytku sztuki, to wypadałoby się odpicować chociaż na półelegancko, a nie jak na Halloween, o czesaniu się nie wspominając. Ale mroczna twórczość Beksińskiego fascynuje mrocznych ludzi, rozumiem. Jeszcze ktoś się czepi i mi uświadomi, że głupia jestem. Zresztą generalnie mroczna młodzież się ładnie zachowywała, jak przykładni zwiedzający (i nie, nie dziwi mnie to). Ale, nie ma co uogólniać. I tu przechodzę do najzabawniejszej części. Wspomnę jeszcze – bo to istotne – że obrazy były beznadziejnie oświetlone ostrym światłem na wprost, przez co stojąc naprzeciw dzieła, widziało się tylko odbite przez nie światło. Najlepiej się widziało cokolwiek stojąc z boku. A niektóre wisiały na tyle nisko i dostępnie, że można było oglądać szczegóły, co też niektórzy czynili, macając powierzchnię obrazu rzęsami i – zapewne – badając skład chemiczny użytych materiałów. Podziwiałyśmy sobie z bliska sierść wilka z ludzką twarzą, już odchodziłyśmy, kiedy podeszła mroczna delikwentka i zadała pytanie: “Czy nie wydaje się paniom, że te białe kropki na oczach są malowane nie farbą olejną, jak całość, ale akrylową?”. Oniemiałyśmy. Odeszłyśmy za kolumnę odreagować wybuchem wesołości. Dalej nie wiemy, jakie to ma znaczenie, czym te maleńkie kropki, średnicy ułamka milimetra, były malowane. Chociaż to pewnie błąd, kiedy treść przesłania formę, bo przecież są ze sobą nierozerwalnie połączone, bez formy nie ma treści. Chociaż czy materiał to forma? Równie dobrze mógł te kropki maznąć korektorem albo lakierem do paznokci – i co by to zmieniło? Nie rozumiem ludzi, ale za kolumną nie było mi przykro z tego powodu, bo widziałam, że nie tylko ja. Wiem, że to mało kulturalne śmiać się z ludzi, ale trzeba sobie jakoś radzić z absurdem.
Następnym razem pójdę gdzieś, gdzie nie można rozmawiać i gdzie nie chodzą ludzie uduchowieni z rozterkami materiałowymi. Filharmonia niestety odpada, bo istnieje ryzyko, że w przerwie bądź po koncercie usłyszę wzdychanie nad stopami z których wykonane są instrumenty dęte i wpływem składu chemicznego tychże na jakość dźwięku (już sobie wyobrażam “ale jakby był 1% serbra więcej, ten dźwięk byłby doskonalszy, a tak… to nie to” *machanie ręką*, chociaż to pół biedy, gorzej, jak się zacznie ktoś wymądrzać na temat utworów, np. “ale jakby tam dał e trójkreślne, zamiast c, to byłoby lepiej, bo tak to mi coś nie brzmi”…). Kurczę, jak się tak człowiek zastanowi, to już nigdzie nie jest bezpiecznie, nigdzie nie można pójść spokojnie pokontemplować sztuki. Zostanie chamieć w zaciszu domowym… albo zbierać takie kwiatki i założyć ogród :D

A co do samej wystawy, to odjąwszy otoczenie: tak, podobała mi się. Zwłaszcza rysunki. I miło by było, gdyby udało się zrealizować pomysł wystawienia tego gdzieś na stałe.

Vilnius dar vieną kartą

Z poślizgiem nieziemskim. Znaczy, wróciłam na czas, ale fotki uporządkowałam z poślizgiem. Jak już wcześniej wspomniałam, stary monitor nie nadawał się do grafiki. Nowy nadaje się idealnie, ale czasu zaczęło brakować. I teraz, po tym wszystkim wreszcie mogę coś pokazać. A nawet napisać cokolwiek o tym objeździe naukowo-integracyjnym.
Pierwsza rzecz, to cena biletu i czas jazdy. Taniej, niż do mnie do domu i niewiele dłużej (jakieś 8h, do domu jadę 5). Trzeba będzie przemyśleć kwestię miejsca spędzania niektórych długich weekendów.
Po drugie, sama siebie zadziwiłam, że po nieprzespanej nocy jestem w stanie funkcjonować do późna. Ale za to dobrze sie potem spało. Do tego dziwię się trochę, że nie zatłukłam kolegi za to ciąganie nas po wszystkich cmentarzach i kościołach w mieście, ale w sumie to zabrał nas też na tańce, a ostatniego dnia zemściłam się w Kernavė, upierając się na wchodzenie na każde grodzisko; tak, poddał się i wchodził, chociaż umierał ze zmęczenia i nogi odmawiały mu posłuszeństwa. Taka malutka zemsta, ale satysfakcjonująca ;)
Wracałam z walizką wypchaną piwem i słodyczami, specjalnie po to przyjechałam z pustą. Zapasy niestety się skończyły, została mi jedna butelka piwa w lodówce. Na szczęście szykuje się kolejna wyprawa, jeszcze bardziej naukowa, niż ta, co nie przeszkodzi mi zaopatrzyć się w brakujące produkty spożywcze ;) Swoją drogą, zabawna rzecz: najsmaczniejsze cukierki, jakie kupiłam, były z Ukrainy. Ale litewskie też dobre. Generalnie litewskie jedzenie to temat na dłuższą historię… a niektóre potrawy muszę nauczyć się gotować (żeby zawsze móc zjeść coś dobrego :)).

trochę techniki

W oryginale było “…i człowiek się gubi”. Faktycznie, u mnie było podobnie.
Rzecz w tym, że monitor, którego aktualnie używam, nadaje się tylko do pisania dokumentów. Wszelkie poważne sprawy typu oglądanie filmów, teledysków czy praca z grafiką inną niż rysunek schematyczny (koniecznie czarno-biały), odpada. Toteż ciułałam jakiś czas, jednocześnie szukając odpowiedniego sprzętu. Sama się na tym znam średnio kiepsko, wiedziałam tylko, że potrzebuję matowej matrycy i małego rozmiaru plamki. Błyskawiczne odświeżanie to sprawa trzeciorzędna, jako że obecnie gram tylko w gry logiczne i to się raczej nie zmieni. A, no i nie chciałam nic innego, niż Della. Na szczęście brat, który się na tym zna trochę mi podpowiedział i oto wybrałam. Tylko miałam wrażenie, że z pięć miesięcy zastanawiania się to trochę mało i nie jestem tak do końca przekonana, aż… aż wróciłam tydzień temu z Wilna i stwierdziłam, że nie jestem w stanie nic zrobić ze zdjęciami poza skopiowaniem ich na dysk, bo niestety nic nie widzę: zero jasności, kontrastu, jakiegokolwiek czegokolwiek. Ech, człowiek czasem w ogóle dupy nie ruszy, póki nie zobaczy, że stoi opd ścianą, czy na krawędzi przepaści i nie ma wyboru. Zwłaszcza, że wybór został już dokonany: Dell 2007fp – tadam! Dla grafików, żeby poczuć się lepiej i pr0. I żeby widzieć cokolwiek. Ciesze się jak dziecko, a z drugiej strony ręce mi się trzęsą, jak mam drogi sprzęt kupować. Przed zakupem aparatu też się z pół roku zastanawiałam i czytałam milion razy specyfikację wybranego modelu. Kurczę, czemu ja tak nie mam, jak buty kupuję?
W każdym razie w nadchodzącym tygodniu szykuje się wielka radość i nagła jasność. I wreszcie będę mogła lepiej widzieć kosmos z tapety ;> A jak pod koniec miesiąca jeszcze coś mi zostanie, to wreszcie kupię klawiaturę i będę mogła pisać do upadłego, nie oglądając się co chwila, czy mi się wszystkie znaki wcisnęły. O!

“take me to the bonuslevel because I need an extralife”

Tytuł, jakże wdzięczny, pożyczony z piosenki Pornophonique. Wydał mi się adekwatny.
Bohaterką notki jest koszulka z matrioszką, kupiona w lumpie za złotówkę. Jakoś mnie wzruszyła, czy urzekła, mimo, że nadruk był częściowo starty, tzn. jego niegdyś złota część. Tak się złożyło, że kiedyś kupiłam sobie złotą farbę do tkanin i olśniło mnie teraz, że można użyć i odmalować złote elementy. Uprzednio wyprawszy, rzecz jasna (nie wiadomo, kto ją w lumpie macał przede mną i w ogóle…). Malowanie drobnych elementów cieniutkim pędzlem okazało się dość męczącym zajęciem: zdrętwiały mi dwa palce i musiałam zrobić przerwę, a zamierzałam pomalować wszystko za jednym zamachem. Mniejsza z tym, i tak fajnie było. Po odmalowaniu koszulkę wraz z metrem lamówki  dałam Izie, żeby doprowadziła dekolt do porządku (był wysprzępiony i mało estetyczny).
I tak koszulka zyskała nowe życie, podszyte lamówką i nadzieją, że złote się za szybko nie spierze :>

Dynia marynowana

Wiadomo, późne lato i jesień to czas przetworów, niektórzy dostają szału i pakują w słoiki, co się nawinie. Ja zwykle tak miewam z malinami, niestety w tym roku mi nie wyszło – dzięki odpowiedniemu (:<) poziomowi wilgotności pogniły na krzaczkach. Bywa. Przetworami z jabłek się nie zajmuję, więc musiałam znaleźć coś innego. Ok, prawdę mówiąc dynia nie była zamówiona u wujka z myślą o zamarynowaniu. Po prostu chciałam dynię, chociaż nie miałam na nią pomysłu. Koniec wstępu. Jak nie mam pomysłu, to wpisuję nazwę półproduktu w google i znajduję fajny przepis. Tak też było i tym razem. Przepis wzięłam stąd. Postąpiłam zgodnie z instrukcją i udokumentowałam to fotograficznie (co jest strasznie głupie, ale co tam, nie trzeba być zawsze mądrym, a kolorowe obrazki zawsze podnoszą atrakcyjność notki ;)). Aha, dałam jeszcze parę plasterków imbiru, a octu wzięłam mniej, niż w przepisie, bo miałam 10-procentowy. A dynia i tak wyszła wściekle żółta, jedynie ta, do której upchnęłam korę cynamonową nieco pociemniała. W sumie niedużą dynię upchnęłam w 11 słoikach (i miałam wrażenie, ciągle chodząc do piwnicy po “jeszcze dwa”, że nigdy się nie skończy). Żadnego jeszcze nie otwierałam, ale mam nadzieję że nie będzie potwornie kwaśna. Chociaż w sumie zawsze można po otwarciu trochę pogotować w syropie… :>

lato, lato

lato czeka… i inne takie. Lato czeka na swój koniec chyba, sądząc po ostatnich zjawiskach pogodowych.

Ale ja nie o tym. Otóż przypomniałam sobie hasło na bloga (w swej mądrości usunęłam ze skrzynki maila, którego dostałam po rejestracji) i będę mogła od czasu do czasu coś tu napisać. A druga dobra wiadomość jest taka, że znów mam przycisk “wyloguj się”, zamiast idiotycznego “wypis”, który straszył na wordpressie przez pewien czas ;)

zakupy, zakupy…

Notka okolicznościowa, spowodowana faktem, że hobby dziewczyn to kosmetyki ;) a także faktem, że eyeliner mi się skończył oraz paroma innymi faktami.
Zakupów dokonałam już jakiś czas temu, ale raz, że okoliczności nie sprzyjały stworzeniu notki, dwa, że lepiej napisać o czymś, czego się używało. Trzy, że byłam wyjechana, a nie miałam zdjęć załadowanych na serwer, chociaż dostęp do sieci był. Tyle tytułem wstępu, teraz krótko i do rzeczy.

1. Eyeliner w żelu Inglot.
Wygląda to tak:
a jak wygląda na powiece nie pokażę, bo nie mam zdjęć, niestety. Pani w sklepie zaproponowała mi do tego 3 różne pędzelki, zdecydowałam się na taki z zagiętą końcówką i nie żałuję – bardzo wygodny w użyciu. Sam eyeliner w porządku, łatwo się nakłada, bardzo wygodnie, dzięki konsystencji. Płynne mu nie dorównują i generalnie mogą się schować.
Jeśli chodzi o trwałość, to niestety, legenda się nie potwierdziła. Owszem, jest najtrwalszy ze wszystkich, jakich dotąd używałam, ale i tak się rozmazał pod wpływem upału i wilgoci na skórze. Niezbyt dramatycznie, ale nie lubię mieć kreski “stemplującej” powyżej załamania powieki. Ale przy niższych temperaturach dawał radę od rana do wieczora, przetrwał też opad ciągły i gwałtowny. Być może sprawię sobie inny kolor, póki co mam uniwersalną czerń.

2. Tusz do rzęs Pupa Color Pop
Gdy tylko zobaczyłam zapowiedź kolorowych tuszów do rzęs, od razu postanowiłam kupić różowy. Profesjonalnie nazywa się Fluo Fuchsia. Za takim różem tęskniłam od czasów, kiedy Sephora wycofała swoje kolorowe tusze, zostawiając jedynie szafirowy, który w ogóle się mnie nie podoba. Obrazek poglądowy:
Cokolwiek kiepsko widać, ale nazwa chyba mówi wszystko ;) Ładny fuksjowy róż. Produkt niestety nie jest wart swojej ceny: za 49zł klient dostaje tusz, który co prawda ma ładny kolor i świetnie wygląda na rzęsach, ale się rozmazuje i nie jest wodoodporny. Nadaje się tylko na ładną pogodę i radosne okoliczności przyrody, niestety. Szczoteczka też nie jest żadnym mistrzowskim osiągnięciem, bo niezbyt dobrze się nią nakłada kosmetyk. Cóż, kiedy tusz się ukazał, myślałam, że kupię tuzin, teraz myślę, że będę czekać, aż sephorowy wróci – mimo wodozmywalności nie rozmazywał się ot tak i miał lepszą szczoteczkę (wiem, szczoteczkę zawsze można zmienić na inną, ale za taką cenę powinna być wbudowana lepsza).

Mimo non stop włączającego się bolda, notkę udało się ukończyć. Grrr :[

ekskursija į Vilnių

Udało się to, o czym mowa była w poprzedniej notce. Zacisnęłam zęby i się udało, po prostu tak.

Żeby nie przechodzić do rzeczy, tylko budować napięcie, zamiast tak od razu nadawać tytułowi treść, zaznaczę, że musiały udać się dwie wycieczki. Pierwsza do Krakowa, tydzień przed Wilnem. Było spanie do południa, spacery po krzakach, smażenie naleśników na tacce (mój facet jest genialny, muszę powiedzieć ;)) i takie tam, typu obserwowanie ślimaków wodnych i kijanek. Może mam źle w głowie, ale one były takie słodkie… Jak zwykle udało się ominąć centrum, już nie wiem, z rok tam nie byłam… Dworzec jako centrum się nie liczy poza tym.

No i potem, po powrocie było załatwianie spraw na uczelni -  w końcu trwała już sesja – i oddawanie książek do biblioteki. Potem tylko spakować się i następnego dnia wyruszyłam na Daleką Północ, ograniczając się póki co do Polski, a jeszcze następnego dnia rano – wyprawa do Wilna.
I tak: Litwa składa się, przynajmniej w południowej części, z pięknych krajobrazów, ślicznych lasów i miast ze słabo oznakowanymi ulicami (Wilno też ma kiepsko podpisane ulice). Udało nam się trochę zabłądzić w Alytusie, ale i tak wiadomo, że wszystkie drogi prowadzą do Wilna, więc koniec końców trafiliśmy, choć wbrew plaowi ominęliśmy Trakai (Troki, wiem, generalnie mam lekki problem z odmianą nazwy w Polskim brzmieniu).
I tu zaznaczę, że 3 dni to za mało!!! Na wszystko. Zwłaszcza, kiedy się prawie wszystko podoba. Prawie, bo będąc na spacerze z Mamą, mijałyśmy dość brzydki i do tego niemiłosiernie brudny budynek z powiewającą równie brudną flagą. Dowiedziawszy się, że to gmach Ministerstwa Zdrowia, Mama była zbulwersowana – jaki to przykład? No ale poza tą wtopą było ładnie. I smacznie. Mimo, że prawie umarłam z przejedzenia dwoma cepelinami z twarogiem (nie śmiać się, były potwornie duże i przepyszne, więc nie mogłam zostawić ani kawałka na talerzu), to przyznam, że mogłabym takie rzeczy jeść częściej. I popijać, rzecz jasna, litewskim piwem. Ze spacerów po mieście mam trochę zdjęć, chcąc urozmaicić tekst materiałami ilustracyjnymi ;) a nie chcąc zapychać sobie ograniczonej przestrzeni wordpressowej, wybrałam kilka:
Znak graniczny Republiki Zarzecza, gdzie nocowałam ;) Zarzecze to piękna dzielnica, chociaż jak ktoś nie lubi terenu pofałdowanego, to nie polecam ;)
Chociaż jak się oprzeć takim widokom… tam niżej, w drugą stronę, za moimi plecami w momencie fotografowania, widok był jeszcze lepszy :)
A po drodze do hostelu znalazłam jescze taki uroczy widok:
I żeby nie było, że po innych częściach miasta nie chodziłam, to pokażę jeszcze element znad wejścia do Teatru Dramatycznego, który [element] bardzo mi się podoba:
Tyle, jeśli chodzi o fotki z Wilna. Resztę mogę opowiedzieć/opisać. Jak już było wspomniane, największym problemem były kiepsko podpisane ulice. Owszem, były tabliczki, ale tak małe, że nie dało się nic przeczytać, a te większe były ustawione pęczkami, które w zasadzie nic nie mówiły. Chociaż dość szybko udało mi się dojść, że tabliczka z tego pęczka  ustawiona równolegle do ulicy z ←nazwą_ulicy→ oznacza ulicę, którą właśnie jadę. Niestety, oznaczenia skrzyżowań nie były już takie precycyjne. Ale same ulice były przejezdne i w niezłym stanie.
Aha, no i konfrontując stan zastany z opowieściami, stwierdzam, że chyba byłam w jakimś innym Wilnie, niż autorzy tych opowieści. Kogo bym nie zapytała, ten mówił po angielsku. Po litewsku też trochę rozmawiałam. I po rosyjsku. W każdym razie chcę powiedzieć, że nie miałam żadnych problemów z komunikacją.

Poza tym byłam jeszcze na wsi rodzinnej dziadka. Przy okazji, po drodze, zrozumiałam, dlaczego Litwini nie kochają Polaków, teraz mnie to już zupełnie nie dziwi. Zachowanie Polaków, dla odmiany, bardzo mnie dziwi. Nieważne, nie zamierzam się w to wgłębiać.
Przy okazji, wracając do Wilna naokoło, zahaczyliśmy o Kernavė (w tym przypadku brzmienie spolszczonej nazwy mnie drażni i boli w uszy). Niestety, muzeum nie udało mi się zwiedzić (gdybym weszła, to pewnie przez 2 dni bym nie wyszła ;)), ale za to dokładnie obejrzałam sobie grodziska i widok na okolicę. Widoku okolicy oszczędzę, bo oszczędzam miejsce, ale kawałek grodziska pokażę:
Tron Mendoga, zdaje się, ale nie na pewno, nie chcę skłamać. Generalnie miejsce robi wrażenie. Wrócę tam jeszcze, żeby zwiedzić muzeum i dłużej popodziwiać widoki. Wcale się nie dziwię, że to kiedyś była stolica, piękne miejsce sobie wybrali…

Po weekendzie trzeba było się zwijać. Niestety. Jak już wspomniałam, 3 dni to za mało. Kiedyś sobie zbiorę lepszy skład wycieczki, bardziej żądny przygód i odkryć, i pojadę na dłużej.
W drodze powrotnej wreszcie dojechaliśmy do Troków (? tak to się odmienia?), mój zmysł wyszukujący zamki zadziałał. Generalnie poczułam się tam jak w domu: jeziora, las… tylko zamek niekrzyżacki. Ale gotycki mimo wszystko ;) Znów na zwiedzenie całego nie było czasu, więc sobie obejrzałam z zewnątrz, obeszłam cały naokoło i się pozachwycałam. Oczywiście chodząc tak człowiek robi się głodny, ale na szczęście mam jeszcze zmysł wyszukujący jedzenie. Znalazłam restaurację z tradycyjnymi potrawami karaimskimi – na wynos były kibiny, takie pierożki. Właściwie pierogi, bo były spore. Nadzienie szpinakowo-twarogowe – mmmm, pyszności! Wracając do auta podziwiałyśmy drewniane domki pomalowane w żywe, nasycone kolory.
A potem już prosto do domu, porządną drogą przez piękny litewski krajobraz. A, i po drodze jeszcze małe zakupy – piwo i słodycze ;)
A na koniec – pocztówka z Troków:

PS. Przepraszam za takie wielkie znaki wodne, ale lepiej dmuchać na zimne. Ostatnio takie chamstwo panuje, połączone z przekonaniem, że jak coś jest w Internecie, to można sobie wziąć i się pod tym podpisać, bo zapytać, czy można użyć (podając autora), to strasznie trudna rzecz przecież…

« Starsze wpisy

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.