Udało się to, o czym mowa była w poprzedniej notce. Zacisnęłam zęby i się udało, po prostu tak.
Żeby nie przechodzić do rzeczy, tylko budować napięcie, zamiast tak od razu nadawać tytułowi treść, zaznaczę, że musiały udać się dwie wycieczki. Pierwsza do Krakowa, tydzień przed Wilnem. Było spanie do południa, spacery po krzakach, smażenie naleśników na tacce (mój facet jest genialny, muszę powiedzieć ;)) i takie tam, typu obserwowanie ślimaków wodnych i kijanek. Może mam źle w głowie, ale one były takie słodkie… Jak zwykle udało się ominąć centrum, już nie wiem, z rok tam nie byłam… Dworzec jako centrum się nie liczy poza tym.
No i potem, po powrocie było załatwianie spraw na uczelni - w końcu trwała już sesja – i oddawanie książek do biblioteki. Potem tylko spakować się i następnego dnia wyruszyłam na Daleką Północ, ograniczając się póki co do Polski, a jeszcze następnego dnia rano – wyprawa do Wilna.
I tak: Litwa składa się, przynajmniej w południowej części, z pięknych krajobrazów, ślicznych lasów i miast ze słabo oznakowanymi ulicami (Wilno też ma kiepsko podpisane ulice). Udało nam się trochę zabłądzić w Alytusie, ale i tak wiadomo, że wszystkie drogi prowadzą do Wilna, więc koniec końców trafiliśmy, choć wbrew plaowi ominęliśmy Trakai (Troki, wiem, generalnie mam lekki problem z odmianą nazwy w Polskim brzmieniu).
I tu zaznaczę, że 3 dni to za mało!!! Na wszystko. Zwłaszcza, kiedy się prawie wszystko podoba. Prawie, bo będąc na spacerze z Mamą, mijałyśmy dość brzydki i do tego niemiłosiernie brudny budynek z powiewającą równie brudną flagą. Dowiedziawszy się, że to gmach Ministerstwa Zdrowia, Mama była zbulwersowana – jaki to przykład? No ale poza tą wtopą było ładnie. I smacznie. Mimo, że prawie umarłam z przejedzenia dwoma cepelinami z twarogiem (nie śmiać się, były potwornie duże i przepyszne, więc nie mogłam zostawić ani kawałka na talerzu), to przyznam, że mogłabym takie rzeczy jeść częściej. I popijać, rzecz jasna, litewskim piwem. Ze spacerów po mieście mam trochę zdjęć, chcąc urozmaicić tekst materiałami ilustracyjnymi ;) a nie chcąc zapychać sobie ograniczonej przestrzeni wordpressowej, wybrałam kilka:
Znak graniczny Republiki Zarzecza, gdzie nocowałam ;) Zarzecze to piękna dzielnica, chociaż jak ktoś nie lubi terenu pofałdowanego, to nie polecam ;)
Chociaż jak się oprzeć takim widokom… tam niżej, w drugą stronę, za moimi plecami w momencie fotografowania, widok był jeszcze lepszy :)
A po drodze do hostelu znalazłam jescze taki uroczy widok:
I żeby nie było, że po innych częściach miasta nie chodziłam, to pokażę jeszcze element znad wejścia do Teatru Dramatycznego, który [element] bardzo mi się podoba:
Tyle, jeśli chodzi o fotki z Wilna. Resztę mogę opowiedzieć/opisać. Jak już było wspomniane, największym problemem były kiepsko podpisane ulice. Owszem, były tabliczki, ale tak małe, że nie dało się nic przeczytać, a te większe były ustawione pęczkami, które w zasadzie nic nie mówiły. Chociaż dość szybko udało mi się dojść, że tabliczka z tego pęczka ustawiona równolegle do ulicy z ←nazwą_ulicy→ oznacza ulicę, którą właśnie jadę. Niestety, oznaczenia skrzyżowań nie były już takie precycyjne. Ale same ulice były przejezdne i w niezłym stanie.
Aha, no i konfrontując stan zastany z opowieściami, stwierdzam, że chyba byłam w jakimś innym Wilnie, niż autorzy tych opowieści. Kogo bym nie zapytała, ten mówił po angielsku. Po litewsku też trochę rozmawiałam. I po rosyjsku. W każdym razie chcę powiedzieć, że nie miałam żadnych problemów z komunikacją.
Poza tym byłam jeszcze na wsi rodzinnej dziadka. Przy okazji, po drodze, zrozumiałam, dlaczego Litwini nie kochają Polaków, teraz mnie to już zupełnie nie dziwi. Zachowanie Polaków, dla odmiany, bardzo mnie dziwi. Nieważne, nie zamierzam się w to wgłębiać.
Przy okazji, wracając do Wilna naokoło, zahaczyliśmy o Kernavė (w tym przypadku brzmienie spolszczonej nazwy mnie drażni i boli w uszy). Niestety, muzeum nie udało mi się zwiedzić (gdybym weszła, to pewnie przez 2 dni bym nie wyszła ;)), ale za to dokładnie obejrzałam sobie grodziska i widok na okolicę. Widoku okolicy oszczędzę, bo oszczędzam miejsce, ale kawałek grodziska pokażę:
Tron Mendoga, zdaje się, ale nie na pewno, nie chcę skłamać. Generalnie miejsce robi wrażenie. Wrócę tam jeszcze, żeby zwiedzić muzeum i dłużej popodziwiać widoki. Wcale się nie dziwię, że to kiedyś była stolica, piękne miejsce sobie wybrali…
Po weekendzie trzeba było się zwijać. Niestety. Jak już wspomniałam, 3 dni to za mało. Kiedyś sobie zbiorę lepszy skład wycieczki, bardziej żądny przygód i odkryć, i pojadę na dłużej.
W drodze powrotnej wreszcie dojechaliśmy do Troków (? tak to się odmienia?), mój zmysł wyszukujący zamki zadziałał. Generalnie poczułam się tam jak w domu: jeziora, las… tylko zamek niekrzyżacki. Ale gotycki mimo wszystko ;) Znów na zwiedzenie całego nie było czasu, więc sobie obejrzałam z zewnątrz, obeszłam cały naokoło i się pozachwycałam. Oczywiście chodząc tak człowiek robi się głodny, ale na szczęście mam jeszcze zmysł wyszukujący jedzenie. Znalazłam restaurację z tradycyjnymi potrawami karaimskimi – na wynos były kibiny, takie pierożki. Właściwie pierogi, bo były spore. Nadzienie szpinakowo-twarogowe – mmmm, pyszności! Wracając do auta podziwiałyśmy drewniane domki pomalowane w żywe, nasycone kolory.
A potem już prosto do domu, porządną drogą przez piękny litewski krajobraz. A, i po drodze jeszcze małe zakupy – piwo i słodycze ;)
A na koniec – pocztówka z Troków:

PS. Przepraszam za takie wielkie znaki wodne, ale lepiej dmuchać na zimne. Ostatnio takie chamstwo panuje, połączone z przekonaniem, że jak coś jest w Internecie, to można sobie wziąć i się pod tym podpisać, bo zapytać, czy można użyć (podając autora), to strasznie trudna rzecz przecież…